Przeciwko popularności – popularność jako ostateczne vox populi w neoliberalnej kulturze masowej
Popularność utarła się i zalęgła w mentalności ludzkiej jako swoisty i ostateczny wyznacznik jakości i zarazem wartości artysty. W momencie przekonania do swoich dzieł odpowiedniej ilości krytyków czy znawców artysta od zamierzchłych czasów otrzymywał boski dar akceptacji, udzielony przez gremium wyznawców. Warto jednak podkreślić tutaj większe obeznanie w temacie, dogłębność analizy – wagę pojedynczego głosu składającego się na finalną „ocenę" dokonań w czasach przedinternetowych. Poprzez znacznie mniejszy pluralizm i swoistą akceptację pewnej elitarności, głosy składowe cechował inny wpływ na całokształt postrzegania. Pokora w stosunku do opinii znawcy, jak i autorefleksja przeciętnego konsumenta odnośnie do swoich własnych możliwości zrozumienia tematu była na zupełnie innym poziomie niż w aktualnym krajobrazie neoliberalnej kultury opartej na kulcie jednostki stale doskonalącej się. Teraz to ty – produkt i twoje subiektywne odczucia są najważniejszym i często jedynym sędzią. Pokorna konstatacja o niedostatecznym poziomie własnej wiedzy w danym temacie jest uznawana za pewną niedoskonałość ciebie jako jednostki, która musi ciągle rozwijać się (w jakim kierunku, zapytacie?). Obarczenie człowieka ciężarem niedoskonałości, wynikającej rzekomo ze zbyt małej ilości czasu i zasobów przekazanych na pracę nad sobą, jest aktualnym jarzmem zrzucanym na każdego z nas przez system produkcji wartości. Sytuacja, w której widz „głosuje portfelem", z której z kolei wynika kult box office, doprowadziła do ostatecznego spłaszczenia i odarcia głównonurtowego przemysłu filmowego z jakiejkolwiek innowacji i ryzyka. Wychodzi to na przekór głównym założeniom wolnego rynku jako bóstwa prowadzącego do ciągłego rozwoju i innowacji, nie jest to jednak jedyny obszar, gdzie Bóg ten zawodzi. Wynikiem tego są ciągle sequele i rebooty – istne żerowanie na nostalgii w celu wyciągnięcia pieniędzy z kieszeni konsumenta, który uradowany zasiądzie w multipleksie i przeżyje ten sam, bezpieczny film z jednakową obsadą, który widział w lepszych czasach, i.e. czasach swojej młodości. Również zauważalne jest to w ogólnej niechęci większości populacji do filmów bardziej artystycznych, jak i głosów krytyków na ich temat. Rozpasły widz, przekonany o niezawisłości swoich sądów, wręcz atakuje krytyka, zarzucając mu grafomanię i elityzm w przypadku pozytywnej opinii na temat dzieła, którego nie zrozumiał. W części przypadków – nie bezpodstawnie. Najczęściej jednak dostrzec można pewien resentyment niższości do wyższości. Nie chcę rzeczy wymagających, tylko takie, które nie sprawią zbyt wiele trudności. Chcę konsumować ile się da, bez przymusu przemielania danego dzieła, które zajmuje znacznie więcej czasu (idealny odbiorca jako krowa - Nietzsche). Han trafnie zauważa przyczynę zaniku popularności poezji w aktualnych czasach; poezja to swoista gra języka, która nie prowadzi nas do finalnej rezolucji. Popularność książek kryminalnych natomiast oparta jest na ciągłym produkowaniu i odkrywaniu sensu – na końcu otrzymujemy gratyfikację w postaci jasnego zakończenia (kto, kogo, czemu, kiedy, jak). Bez liniowego progresu treść staje się niestrawna. Poświęcenie polegające na docenieniu barwności i granic języka nie wnosi dostatecznie dużo do „rozwoju" jednostki. Brakuje jasnej klamry, do której odbiorca wytrenowany na krótkiej formie przywykł. Można tutaj odnieść się również do rosnącej popularności seriali; odcinek zamknięty w ramach jednej godziny nie może przekazać nam za dużo treści – co mogłoby wywołać niestrawność – jak i poprzez swoiste ograniczenie formy musi zachęcić nas do sięgnięcia po kolejny. Stąd paradoks konsumenta spędzającego cztery godziny nad serialem, który nie może jednak przemóc się do obejrzenia filmu dwugodzinnego. Serial nie zostawia miejsca na kontemplację. Serial pędzi naprzód. Dochodzimy aktualnie do kuriozalnej sytuacji, w której kult pieniądza jako wyznacznika wartości, połączony z pełnym pluralizmem głosu w formie odsłuchu na Spotify czy zaobserwowania kogoś, doprowadził do promowania treści przypominających zabawy przedszkolaków. Wymyślenie głupszego dźwięku czy tekstu sprawia, że dany artysta uzyskuje popularność w rekordowym tempie. Później naturalnie zostaje on wessany do maszynki produkcji pieniądza, i.e. przemysłu reklamowego. Dawne oskarżenia o „sprzedanie się", obecne jeszcze w muzyce hip-hopowej lat 90., aktualnie brzmią absurdalnie. Sprzedanie się jest celem. Posiadanie swojej kanapki w imperialistycznej jadłodajni McDonald, która faszeruje swoje jedzenie środkami przeciwwymiotnymi – w celu podbicia konsumpcji – jest odbierane z zazdrością i uniżeniem. Nie wspominając o fakcie, że w celu zdobycia dóbr materialnych podmiot raperski nieustannie przechwala się ilością dóbr już posiadanych, jak i swoją rozwiązłością seksualną. Muzyka, która w teorii miała opierać się na pewnej zabawie słowem, aktualnie opiera się na wwiercaniu słuchaczowi do głowy pełzających po dnie, marnych, hedonistycznych linijek, które mają słuchacza wprawić w poczucie zazdrości. A może podziwu? Dziw bierze, że tak rzadko skutkują one politowaniem.