Ołóweczek

Dwóch braci

Świadectwo naocznego świadka

autor: Perwersjolog

  Dwóch braci z osiedla spomiędzy barykad. Dwóch braci piorunów, opadłych z nieba na podnóże drobnomieszczańskiego miasta. Buszujących w stosach gnijących ścian (sian), paradujący wśród tłumów niczym wśród łąk i pastwisk.   Absurdalny łącznik boski, Jakub z domu Wersalski (ambaras podawać nazwisko pańskie młodemu mężczyźnie) i jego brat Melman (Wersalski). Boski Jakub posiadał się z aktualnie w dużym wewnętrznym szczęściu, zalewając umysł po trudzie czwartkowej harówki. Wolnych chwilach prostacki poeta i prozaik, którego niskie loty nie zagrażały żadnemu postronnemu. Jakub nie wylewał za kołnierz, a w trudnych chwilach zbierało mu się na wspominki z rozpaczliwej młodości, gdy to jego tato ubił psa Puszką gołymi rękami i pozostawił jego ciele krwawe, rozchodzące się pręgi. Razem z mamulką po śmierci kundla rozpierzchli się po kraju. Wyrób zwierzęcy (skóra) kontra zwierzę (skóra).   "Chłopcom", bo było ich dwóch - (liczba) (mnoga). Jakub (boski) wraz ze swoim bratem Melmanem (nieboskim, a co najwyżej zniewieściałym) przepychali się przez szkołę na łeb na szyję, zgarniając ledwości ze szkolnych stopni.   - I chuj, zostałem zamordowany, nie? - mówił sobie notorycznie Jakub za każdym razem, gdy tracił godzinę swego życia. Obaj bracia byli przecież jeszcze ledwo szczylami. Butelczyny załatwiali od okolicznych smutnych panów, którzy nie byli gotowi pożegnać się jeszcze z życiem. Bo też za każdym zbawiennym przekleństwem Jakuba ambrozja życia spływała po zegarach odbiorców. Klasyczna wymiana. Jedna godzina za jedną godzinę. Tak Mesjasz działał drogami, których sam nie był świadom. Nad tym przedsięwzięciem czuwał w chmurach cały panteon bogów. Jakub z bratem przemierzali połacie ziemskiego padołu wymieniając czas za czas i wiedzieli oni, że było to dobre. Jakub mruczał pod nosem swoje zaklęcia i przekleństwa, nie będąc świadomym, że jego własny czas się kurczy. Był synem bożym i nawet o tym nie wiedział. Albowiem błogosławiony w swojej słodkiej niewiedzy ten, co głosi słowo niebrzemienne w ciężar poznania i zakłamania. I tak skurwiel żył swój żywot.   Nad losem jego na ziemi czuwał brat Melman. Posłannik boży ze skrzydełkiem u kostki prowadził go pośród ludzi, aby siać czas tam, gdzie było go najbardziej potrzeba. Stanowił (boskie) natchnienie dla tych, którzy najbardziej go potrzebowali. Skąd wiem to wszystko? Pośrednicy Melmana swoimi tajemnymi sposobami nastawili mnie na kurs, który miał przeciąć się z kursem Jakuba. Działacze i przodownicy czasu pchali mnie na odpowiednie tory. W ten sposób sam odzyskałem (czy raczej została mi dana) dodatkowa godzina. Niech będzie to świadectwem boskiego (jakubowego) ognia.   Godzina prawdy posłana przez prawdziwego proroka zawsze kończy się odpokutowaniem ognia w ciemności. Spowity siedzę teraz i kontempluję. W zamian za to uchylę rąbka tajemnicy. Bardzo ważnym jest, aby prorok nie był fałszywy. Poznać to można całkiem łatwo, mając na uwadze, że fałszywi prorocy, którzy głosić chcą nielegalnie wiedzę sami spowici są całunem cienia pokutując w ciemności. I ja jestem fałszywym prorokiem, świecąc sobie ogarkiem, coby widzieć choć na odległość palca. Uchylił się ode mnie jednak sąd boży i jakubowy, ponieważ nie staram się niczego udawać. Transparentnie relacjonuję misterium nie podjadając z godzinowego skarbca Panteonu.   Boskość Jakuba nie rozniosła się po świecie przecież tak od razu. Gawiedź potrzebuje dowodów. Zastępy pełne niewiernych Tomaszów umierają codziennie w słodkiej niewiedzy, którą sami na siebie sprowadzili. Bo gdzież w życiu człowieka podziwia się "godzina"? Średnia długość życia miejskiego śmiertelnika wynosi około sześćset trzydzieści tysięcy godzin. Cóż jest w stanie zdziałać tak biedny posłannik Jakub? Jedna godzina na sześćset trzydzieści tysięcy nie jest rozpoznawalna w tłumie, dlatego boży syn obdarowany został cudem niewiedzy. Pracował on przecież jedynie w ludzkiej formie! Nie są obce mu trudy i piekielne rozterki duszy. Jedynie Melman jako jego opiekun znał obecny los, będąc wprowadzonym w nasz świat półbogiem, za co dostawał smaczną gażę (w życiu po śmierci wszak również należy zapierdalać - co by zwykły człowiek z tą nieskończonością począł? małpie niewiadomej samej siebie należy się więcej nieba niż pracoholikowi.)   Przelew czasowy odbywał się na prostych warunkach. Wystarczyło Jakuba serdecznie pozdrowić, spędzić z nim czas. Od pierwszego uśmiechu chłopca startował niebiański stoper, a czas śmiertelnika się zatrzymywał. Pierwsza godzina z Jakubem była darmowa. Po jej upłynięciu bogowie (l. mn.) ucinali kurek i człowiek starzał się, jak wcześniej. Chłopiec czuł delikatny skurcz pęcherzyka żółciowego, oznaczając dedukcję jednej godziny. Melman wypchany swoją półboskością obojętnie patrzył na ludzkie lamenty. Zwykł sennie odnotowywać petenta i ruszał dalej.   „Bracia pioruni”, to tylko pierdolony marketing. Tak naprawdę nie wyróżniali się niczym. Poczęci w jednym łonie (choć o matce niepokalanej w tym wypadku nie było mowy) urodzili się jednoczasowo. Melman w swoim naznaczeniu musiał sprawować pieczę nad bratem od pierwszego oddechu. Pierwszym człowiekiem z sześciuset trzydziestu tysięcy była matka Jakuba – Salomea. Łatwo się domyślić, że żaden z pracowników szpitala, w którym bracia przyszli na świat nie otrzymał swojej godziny. Lekarz odbierający poród palił szlugi przez całą akcję porodową i nawet na moment nie wypuścił z rąk łyżek. Jakuba piekły oczy. Pierwszą molekułą jaka dotknęła jego płuca i rogówkę był kadm z niebieskiego sporta. Cóż, znak czasów. Pielęgniarki i salowe były na ogół wredne i zmęczone ciągłą misją mesjańską podawania środków przeciwbólowych Salomei. One również minęły się ze śmiercią o godzinę.   Ojciec chłopaków, dawca nasienia nie przyczynił się także za bardzo do dobroci tego świata. Najlepsze, co mu wyszło i jest godne zapisania na kartach boskiej historii jest zapłodnienie Salomei, gdyż w ten sposób dał gliny na narodziny Mesjasza. Może po ziemi chodzi więcej takich „Jakubów” … Nie wiem. Nie znam szczegółów planu rozdawania godzin. Nie zostało mi to objawione, a w zgadywanie dla sportu bawić się nie będę.   Fałszywych proroków było co najmniej szesnastu. Misje „Jakubowe” bliskie były pogrzebania się, kiedy wstępowali oni na piedestał próbując demaskować Mesjasza przed ludźmi. Za wszelką cenę nie pozwolę, aby te zapiski trafiły do druku za życia mojego Jakuba! Możecie szukać, ile chcecie. Gdy to czytacie, on dawno gryzie już piach. Godziny zostały rozdane, kości rzucone. Do cudu dojść miało w Kobylnicy:   Jakub w całej swej boskości cierpiał grzech obżarstwa. Przemierzając ulice potrafił wchłonąć w siebie niemoralne ilości smażonych świńskich uszu, zalewając wszystko hektolitrami piwa. Śmiał się zawsze rubasznie, z brzuszka. Cała ta tkanka tłuszczowa kołysała się razem z nim w rytmicznych ruchach. Z kolei tkanka miasta odbijała go jak gąbka od swoich rajskich przybytków. Boski zegar chłopca przez wzgląd na jego chorobliwą otyłość nie pobłogosławił zbyt wiele członkiń płci pięknej.   Te zwiewne momenty płciowej samotności rekompensowała ciągła odyseja w ciemności. Sny o kobietach bujnych zalewały jego noce, mącąc w głowie i oddalając potentata godzinowego od swoich kredytobiorców.   W pewnej alkoholowej ubojni Jakub spotkał piękną kobietę imieniem Erynie. Najstarsza córa panteonu boskiego zagrodziła mu drogę, gdy chłopak odczuwał niesłychanie silne parcie na mocz. Melman w półboskiej swej pokorności czekał na brata przed umywalnią i łazienką, do której pilnował dla brata drzwi, pełniąc funkcję ludzkiego zamka (gdyż takowego w tych drzwiach brakowało).   - Zwą Synem Bożym tego, kto drogę mi zastąpi – rzekła do niego głosem ochrypłym i niepozbawionym perwersyjnego tonu Erynie.   - M-muszę siku – uśmiechnął się chłopaczyna godzien politowania.   Uśmiech ten zapoczątkował kaskadę tworu życiowego, uruchomił olimpijski zegary i operację transakcyjną (na rachunek biorcy), skutkując dedukcją banku czasowego.   - Moje łopatki stanowią pole bitwy. Na plecach pełzają mi echa wojsk boga i szatana. Zmarszczki mojej skóry okopami dla świętej wojny, zza praczasu.   Jakub oniemiały zapomniał o swojej potrzebie fizjologicznej. Zapatrzony jak w obrazek skulił się w sobie wdychając duszący zapach famme fatale. Olimpijskie opary drażniły jego sedno, destabilizując go do cna i naga.   - Synu chłodnej pożogi, strzeż się swego uśmiechu. Belzebubie! Pogromco istot na wzór niebieski! – krzyczała.   - Może ma pani ochotę na drinka? Piwko? – wybełkotał Jakub, posiadacz ogromnych źrenic.   Bogini dała się zaprowadzić pod rękę do stolika w zacienionym narożniku, ku zdziwieniu własnemu, jak i chłopca. Tętnił on od stóp do głów w takt galopującego serca wypełniając się głęboką purpurą. Zamówił dla siebie (chłodnego) pilznera, a dla kochanki wódka z sokiem. Dowiedział się tym samym, że Erynie, teraz już wyraźnie paranoiczna, dorastała w trudnym domu, skąd Gaja (pseudonim jej mamy – Małgorzaty) uciekła z domu przed mężem oraz jak wraz z dwoma siostrami znalazły schronienie. Okazało się, że mają wiele wspólnych tematów, a demonizm kobiety (boskiej) jest jedynie spowodowany zespołem stresu pourazowego po morderstwie przez ojca kotka Gacka, którego truchło jej rodzeństwo obrzuciło następczo kałem (własnym). Ciężko było biednej Erynie nie współczuć, nawet nawiązała z napalonym Jakubem relację terapeutyczną. Biedak chciał jedynie tej nocy zaznać boskich rozkoszy, a dostał stek zwierzeń z przedmieść Olimpu.   Wskutek fatalnego napalenia chłopca czas demonicy wydłużał się niewspółmiernie o kolejne godziny. Podniecenie Jakuba przepaliło boskie obwody i złamało protokolantów banku czasu (zamiast pilnować transakcji skupiali się oni na zakładach, czy chłopiec zakończy noc tzw. sukcesem). Biedny Melman nie chciał opuścić swojego posterunku, gdyż honor zakazywał mu działać przeciw Jakubowi. Stał w ten sposób jak kompletny idiota pod kiblem robiąc kolejkę na pół baru. Bez kontroli nad własnym postępowaniem Jakub, teraz słuchający o nastoletnich partnerach Erynie poczuł nagle, że jego zwieracze są bliskie kataklizmowi.   - Przepraszam panią na serdeczny moment… - rzekł i pobiegł w stronę łazienki.   Urażona bogini – ponieważ była właśnie w trakcie wywodu o epizodzie psychotycznym stryja (który udusił kciukiem kanarka) – poczuła się wyraźnie urażona, aktywując swoje cechy z pogranicza.   - Potępiony będziesz, rodzie jakubowy po czasy wsze na padole ziemskim! Prometejskie skurwysyny, pasterze żenady i tłustych korpusów! Ziarno zemsty zasiewa między łopatki wasze, gdzie kręgi wspinają się ku niebu – tam mieszkać będzie szatan!   Usłyszeli to jedynie stenografowie z gór boskich, telegrafując zaraz do najwyższych instancji z prośbą potępienia rodów jakubowych w trybie przyspieszonym (był poniedziałek). Od tego momentu kara impotencji i bólów odcinka piersiowego spadła na Jakubów tego świata. Niestety poprzez boskie transakcje dostało się również adresatom godzin, z którymi miał przyjemność. Wskutek tego Erynie wytoczyła się pełna życia z przybytku póługięta bólem pleców, skąd bóg z szatanem zrazu się wynieśli, szukając lepszego domatora. Dwa duchy z tempem propagacji fal elektromagnetycznych w ośrodku powietrza wbiły się na ślepo w plecy Melmana, który był właśnie trzasnął drzwiami do toalety za bratem Jakubem.   Dwie siły nadludzkie uderzyły go do staniu oniemienia, w którym wybiegł on z knajpy zapominając o pilnowaniu zamka dla Jakuba. W wywołanym popłochu chłopak szybko pozostał sam – nawet barman wybiegł dążąc za tłumem (wybaczmy mu, albowiem jest owcą) nie biorąc ze sobą kasy.   Miłość i ciężar spłynęły na Jakuba, który zapinając rozporek zdał sobie sprawę, że jest tu jedynym. W swojej niewinności postanowił wyjść przed szynk i zobaczyć co się stało. Ku jego niedowierzaniu z krajobrazu jego jałowej krainy kraju trzeciej klasy wszędzie teraz krzyczały na niego neony i reklamy. Bogini zemsty czaiła się w każdej promocji odkurzacza na billboardzie, na każdym oklejonym samochodzie. Zemsta nastała wśród ludzi niemal natychmiastowo (czas to pieniądz), a z neonów Jakub bardzo szybko dowiedział się, jak dużo zdziałać (zarobić) można w godzinę. Przedłużając żywoty przyszłych świętych stać mógłby się światowym potentatem czasu!   WIEM! – krzyczał pobliski billboard z kilometra.   Jakub nie wiedział. Podłączony stale do transakcji z Erynie (pracownicy rozliczali właśnie zakład rozstrzygnięty na niekorzyść chłopaka) wyczerpywał swój czas w astronomicznym tempie. Stale ściśnięty pęcherzyk żółciowy doskwierał mu teraz stale, więc zgłosić się postanowił na szpitalny oddział ratunkowy. Medycy – bardziej niż ktokolwiek wciągnięty w klątwę pieniężnej zemsty przyjęli go z otwartymi portfelami. Ta grupa poszkodowana była najbardziej, ponieważ nie uświadczając uśmiechu Jakuba wyjęci byli spod naturalnie zaszczepionej żądzy. Musieli biedacy sami kompensacyjnie wykształcić patologiczny głód gotówki (udało im się).   Jako że Jakub w chwili przestrachu zgubił portfel spuszczając spodnie w pubie, leżał z otwartym brzuchem na stole operacyjnym – niewypłacalny. Uruchomione zostały procedury, rodzice milczeli, chłopak spłukany. Bez duszy do pomocy, ponieważ Melman z szatanem na plecach został alfonsem, a naturalna dobroć jego nie szła zbyt w parze z biznesem kurwienia się za pieniądze, również był niewypłacalny. Jakub zatrzymał się na stole nie z braku pieniędzy, acz z braku czasu. Czterysta tysięcy godzin w godzinę. Erynie w ten sposób rządzić mogła przez dekady.   Ja? Gdybym miał spędzić swoją ostatnią godzinę, poszedłbym zbierać liście. Najlepiej, żeby był to październik, późny, żeby tych liści wciąż opadało. Kucałbym bez rękawiczek. Boska choroba trawiłaby mnie od środka, a ja niewzruszenie zagarniałbym dalej kupki i stosy. Dzięki Chłopcom nie straszna mi jest śmierć. Nie szukam szczęścia. Moim szczęśliwym momentem są momenty, kiedy jestem szczęśliwy. Jestem jednym z samochodów na stłoczonych wagonach pociągu towarowego. Są mnie (nas) rzędy nastek, dziesiątek i tysięcy. Nie było nam dane poruszać się po torach. Dopóki nie będę zmuszony stać się własnym katem, nie istnieje coś takiego, jak dobry moment. Nie dla mnie.