Ołóweczek

Dzienna dawka grafomanii

Anioł

autor: Herezjasz I Bębniący

  Moim zadaniem jest czuć. Na tym azymucie spędziłem większość swojej drogi. Nie wiem, dokąd dokładnie zmierzam. Jestem pielgrzymem doświadczeń, bólów i namiętności. Przemierzam drogi, ale zbaczam chętniej na pola. Tam ściągam ważne mi dusze.   Dziś idąc polną drogą spotkałem anioła. Jego pozornie ludzka forma zaskoczyła mnie z początku. Jako duchowy podróżnik obyty jestem raczej z izolacją dusz. Skupiony na tej cienkiej błonie, która od zawsze i na zawsze odsłaniać będzie mnie od innych pielgrzymów. Ha, pielgrzymów. No właśnie. Nas „P” jest mniej niż być powinno, zdaje się. Stąd błony porozciągane są na niepotrzebnie wielkie połacie. Butwieją, pękają i kruszą się.   Anioł powitał mnie figlarnym skinieniem głowy. Moja błona zadrżała, jak gdyby jego palec próbował ją przebić. Nie da się. Z pierwotnej fascynacji taką śmiałością wpadłem w popłoch Ja – naczelny z pielgrzymów. W stronach, które pozostawiłem za swoim azymutem uznany byłbym za głupca. Za głupca, ponieważ nie uciekłem natychmiast. Ciche zaproszenie anioła, milczące w swojej dobroci i czystości ośmieliło mnie jednak, by wyciągnąć dłoń.   Ogromny ból przeszył moje członki, kiedy odważyłem się również dotknąć błony. Sparzony uciekłem w najdalszy kąt mojego okręgu w nadziei, że tam opuści mnie trwoga, ale jasny płomień zamglonego wzroku anioła iskrzył się pewnie i stale. Dłoń czekała. Zapraszała mnie dalej z cichą obietnicą pomocy, uśmierzenia. Ze strachem sięgnąłem w jej stronę, a piekielne ognie błon pożarły moją duszę. Nie drgnęła jednak ona, a w jej dotyku panował całun bezpieczeństwa. Pielgrzymowałem więc wzdłuż ścieżek błony, po omacku trzymając się jej parzących ścian. Ona czekała tam na mnie cierpliwie, cała owinięta w tkaninę, pełna spokoju i niemej siły. Cierpiąc nieziemski trud i fizyczny ból oplotłem swoje ciało błoną, żeby móc się w niej poruszać. Owinąłem się, żeby móc badać anielski dotyk, sylwetkę dobra. Splatając się we wzajemnym uścisku ognie przestały być parzące. Zaufałem i nie zostałem oszukany. Ziemisty spokój i ekstaza zalały moją skórę i trzewia. Czerpałem już z błogości i ciepła tarcia błon. Spytałem anioła, czy ona nie boi się tak stać?   - Głupiutki – powiedziała – moja skóra też płonie.   I roześmiała się, gdy poczułem pierwszą z jej łez płynącą wzdłuż naszych powiek.


Taki obraz ich

autor: Perwersjolog

  Samotna pani, co siedzi przy Dalím. Oczy kleją się biedaczce od obcowania ze spękanym olejem. Wielki Masturbator dawno był już wysechł (w kraju, w którym żyje i w oleju, którym żyje). Samotny pan siedzi na gaży obok Guernici. Smutas osuwa się z krzesła, podskakuje na dźwięk flesza. Ledwo łapie telefon, na pewno łapie spojrzenia, skonfundowany zapomina o pracy (wszechboga! strażnika dziedzictwa) i sięga do stymulantu rolek. Futurystyczne i kubistyczne formy świecą mu się w twarz, a chciałby żeby jeden z chłopców z placu naprzeciw pierdolnął mu piłka po mordzie. To byłoby lepsze od wojny, od oleju i terroru gazu terpentynowego. Iberyjka (blada, ale o skurwysyńsko ciemnych oczach i aurze pokornej studentki [zestaw skłonny estetycznemu rajowi {perwersyjny}]) uśmiecha się do widma wchodząc na schodach (ono było wyżej) w kierunku wystaw kubizmu. Widmo przechodzi przez ściany, składa się z fantazmatów Madrytu. Biedacy chcieliby żywota prawdziwego, pozbawionego powabu, przetrwania pierwotnego.


Plac Świętej Niedzieli

autor: Perwersjolog

  Dwa pantofle porzucone na placu świętej niedzieli. Skąpane iberyjskim słońcem butwieją cierpliwie obok huśtawki, nieopodal karuzeli. Odrzucone zanim odpadł obcas, posłuszne swojej formie. Obsypane lekkim piaskiem oddały hołd boskim stopom. O reszcie nocy świadczą niewidzialne ślady na wyschniętym betonie. Tak! Wczoraj padał deszcz. Zmył obyczaje, zmył makijaż, zmył bariery topniejące pod ciśnieniem. Nieopodal przy pałacu królewskim tańczą na wietrze bańki. Echem swoich wybuchów szepczą słowa kochanków. Miastu odbija się wczorajszym romansem. Święci pielgrzymi zstępują z torów świata, zatruci boskim powietrzem. Odchodzą daleko stąd nie stawiając ani kroku. Świadectwo słów niewypowiedzianych odbija się po fasadach i gorszy już całe Toledo. Prognostycy zapowiadają rychłe wygaszanie wiatrów. Synoptycy są zgodni, ziemia niesie trudne prądy. Sejsmolodzy zarejestrowali dziesiątkę, ale epicentrum przesuwa się daleko za plac świętej niedzieli. Dudni wszystkimi arteriami. Naukowcy są zgodni, że takie zjawiska dzieją się tylko raz na madrycki księżyc. Żyć dalej należy zapisem sejsmografu, spoczętego w gablocie.


Pies

autor: Długolud

Pies przyszedł na taras, usiadł obok. No i wylałem. Nie jakoś wiele, ot końcóweczkę. Ale jednak; cały stół momentalnie pokrył się cukrowym płynem. Coś tam jęknąłem. Lecz pies dziwnie obojętny. Siedzi. Jakby nie widział – a dobrze wiem, że jest inaczej. Czy teraz już tak będzie zawsze? Czy ta złączenie wylania z psem będzie mi towarzyszyć? Jaki on w tym ma cel? A może doszukiwanie się celowości w tak bezdusznej psiej – rzekomej – duszy jest nietaktem z mojej strony? To splątanie, jego przyszłe skutki jak i potencjalny psi zamiar nie dają mi spokoju. Czemu nie szczekał? Zrobił to zaraz potem. Poczekał aż wyjdę, wrócę, znowu przeklnę, wytrę i usiądę. Czemu wylałem? Przecież nie musiałem; nie wylewałem już tyle razy wcześniej. Ale czy można te wypadki rozpatrywać bez wejścia psa? Jaka diabelska rola jego w tym moim wylewaniu?