Ołóweczek

El vagabundo solar

Żul solarny

autor: Długi zjeb


Słońce nie przekroczy swoich granic – mówi Heraklit – w przeciwnym razie Erynie, służebnice sprawiedliwości, schwytałyby je na gorącym uczynku


Wszystko w nim się zaczyna.

W sylwetce żula solarnego, potomka Majów czy też innego plemienia Mezoameryki. W jego idealnie odchylonej o trzydzieści stopni od pionu pozie. W jego immanentnej prezencji stanowiącej opokę sucholeskiego krajobrazu.

Większość mieszkańców wierzy, że to na nim zbudowany jest otaczający nasz świat, że to on dźwiga ten okropny ciężar rzeczywistości. Człowiek, który w formie inkaskiej, na przekór dziejom nowoczesnym zawarł pakt ze słońcem.

Oczy błądzące, potencjalnie zamyślone, na pewno zajęte, poszukujące czegoś nieuchwytnego. Lekkość kroku wyśmiewa nasze wyprostowane postawy i rzuca wyzwanie swoją agresywną innością. Angażuje nas w dylemat porównania chodów, daje nam do myślenia czy to może on poznał tajnik efektywnego poruszania – nam parweniuszom niedostępny – czy to my naszą normalnością powinniśmy jego zdominować.

Jest to pierwsze udane, polskie perpetuum mobile – postać na ciągłym chodzie. Nikt nigdy nie widział go pijącego, ale trzeźwego tak samo; nikt nie wie dokąd albo też i po co on zmierza, ale jednak kroczy on dzielnie po chodnikach gminnych, on – jeden z ostatnich z nomadów czasów transformacji.

Jest to postać wolna od wszelakiego wpływu ideologicznego, odporna na elekcje, na przemiany ustrojowe, na trendy. Jego lica, idealnie zakonserwowane w mieszance alkoholowej podkreślają tylko jego śniadość i skryte marzycielstwo. To on własnoręcznie – czy też własnonożnie – umieścił naszą gminę w świadomości narodu.

Każdego roku, mniej więcej w okresie wczesnej jesieni, kiedy postać solarnego podróżnika w sposób wręcz brutalny rozświetla swym rumianym licem deptaki, szczęśliwi mieszkańcy, których pobłogosławił on możliwością pobieżnego uczestnictwa w tej pielgrzymce, wychodzą na ganek i tworzą niemy szpaler, honorujący zasługi tego podchmielonego półboga.

Nikt dotychczas nie podjął się tego niemożliwego zadania, jakim jest opisanie jego zasług, lecz każdy kto spędził dostatecznie dużo czasu w naszej wiosce zdaje sobie nawet podświadomie sprawę z tego ile mu zawdzięczamy.

Bóg może i został przez nas zabity, lecz w tym konkretnym miejscu na ziemi udało się wytworzyć coś znacznie bardziej uniwersalnego, mniej nieomylnego, balansującego na granicy człowieczeństwa i prawie dającego się pojąć.

Wracając do mojego osobistego zaczątku, już wyjaśniam. Każdy, mający jakąkolwiek styczność z dziećmi przedszkolnymi, zdaje sobie sprawę, że nazywanie ich „dzieckiem" jest z naszej strony – osób naturalnie dojrzałych i, jak wiadomo, rezolutnych – pewnym ukłonem. Termin ten stara się w sposób niezdarny uczłowieczyć widzianą przez nas postać, która może i na pierwszy rzut oka ma coś z człowieka, jednak ten niedostępny wzrok, jakby zbrużdżony wieloma latami krwawych walk, wytwarza w nas pewnego rodzaju skrytą niechęć, która podświadomie każe nam odsunąć się od tego tworu w budowie.

Dla nas – wolnych od hormonalnego wypaczenia rodziców – nie rezonuje on zwyczajnie żadną rzekomą słodyczą. Śladowe ilości pomyślunku, jak również rozdziawiona paszcza oraz tendencja do zachowań perfekcyjnie przypadkowych, skłaniają nas do dalszej dehumanizacji tego człowieka w załążku, czekającego na prawdziwe narodziny.

I to właśnie w solarnym żulu moje pierwotne narodziny nastąpiły. W nim to powstałem na dobre. Myśli po raz pierwszy zaczęły się jako tako układać, a nowo otrzymane krytyczne spojrzenie na otoczenie zmusiło mnie do zapytania: „Mamo, a kim jest ten pan i gdzie on idzie?".

Było to pytanie z kategorii tych najgorszych – tych, które spalają duszę rodzica i podburzają jego filary, na których skonstruowana jest krucha dorosłość, której tak kurczowo staramy się trzymać, wmawiając sobie, że wiemy, co robimy.

Odpowiedź brzmiała zapewne w stylu: „Oj, dziecko, to tylko miejscowy pijak, nie zawracaj sobie nim głowy", choć ja od razu wyczułem w niej nutkę fałszu, jakiś skryty stres, jednak przebijał się przez zwyczajną na pierwszy rzut oka, bezpieczną odpowiedź. Zdałem sobie sprawę, że to pytanie uderzyło bardzo blisko jądra prawdy ukrywanej przede mną, w którą od tego czasu niezmiernie chciałem się zagłębić.

W następnych latach, odczuwając z dnia na dzień coraz mocniej, ile zawdzięczam solarnemu wędrowcy, jak wielki, ale też i obciążający dar został mi – jakby od niechcenia – podrzucony czy też ofiarowany, wyczekiwałem następnego spotkania. Starałem się zaaranżować sytuację, w której bylibyśmy w stanie zamienić kilka słów w cztery oczy. Nie było to jednak łatwe; zdawało się, że jakaś siła steruje moimi rodzicami, że ich jedynym celem jest niedopuszczenie do mojego dalszego rozwoju w nim i przez niego.

Spotykałem wówczas wielu marnych, zwyczajnych pijaczków, którzy, podpierając się licznymi drzewami, zaśmiecali krajobraz naszej wioski; tak zwani okupańci sklepu „u Eli" brzydzili mnie swoją bełkotliwością, „kreseczką" i „zeszycikiem". Nie posiadali oni daru kontemplacji, byli tylko źródłem hałasu i smrodu. Często w myślach dokonywałem porównań; moja dziecięca fantazja podkreślała źródła bezapelacyjnej wygranej solarnego wojownika w starciu z tymi marnymi podróbkami. Podkreślała honorowe gesty, poprzez które rozkładał on swoich naśladowców na łopatki.

Już na tym etapie moje zafascynowanie solarnym żulem było nie do ujarzmienia. Wyczekiwałem chwili przypadkowego przecięcia się z nim, niczym prezentów wigilijnych jeszcze kilka lat wcześniej. Wizja ta była zarazem ekscytująca, jak i niezmiernie stresująca. Co jeśli uzna on, że niedostatecznie korzystam z daru? Co jeśli go w jakiś sposób zawiodłem? Przecież jego system wartości, jak i postrzeganie rzeczywistości, jest absolutnie poza zasięgiem zwykłych śmiertelników. Takie myśli spędzały mi wówczas sen z powiek. Moja matka, widząc tak nieproporcjonalnie wielkie rozbicie moje w stosunku do aktualnego wieku i dojrzałości, udała się po poradę do miejscowych klechów i znachorów. Lecz ani powtórny chrzest w stawie, ani mieszanki ziołowe nie były w stanie nic zaradzić na metafizyczne ssanie, które odczuwałem głęboko w duszy.

Udało mi się w końcu spełnić moje marzenie, kiedy zmuszony przez ojca do pokopania piłki samemu, o jedenastej we wtorek, uderzałem bezsensownie w kółko do pustej bramki. Pierwsze, co odczułem, to absolutna i niekończąca się cisza, która poprzedzała jego przybycie. W przeważnie ruchliwej części wsi nie było absolutnie nikogo; wszystkie natrętne i rozpite żulerskie symulakry poukrywały się, jakby przeczuwając jego nadejście; żaden pies nie zaszczekał. Drugą rzeczą, która już utwierdziła mnie w przekonaniu o nadchodzącym błogosławieństwie, było znaczne spotęgowanie odczuwanego przeze mnie ciepła. Było to uczucie porównywalne do wzejścia na widnokrąg drugiego słońca. Blask ten przelewało się przez wszystkie członki mego ciała, tworząc absolutnie ekstatyczne odczucie, nieporównywalne nawet do zbliżenia z dyszą basenową, opowiedzianego mi tego lata przez mojego bliskiego przyjaciela.

I wtem go ujrzałem – kroczył jak zwykle, znacznie odchylony, rumiany, wesoły. Spojrzał na mnie, a coś dziwnego – wręcz zwierzęcego – błysnęło w jego oczach. Przystanął i rzekł:

– Te [...] kurw, ech [...] no, gdzie jest ten, Tomek?

Mój umysł momentalnie wskoczył na wyższe obroty, zacząłem całym sobą rozpracowywać tę zagadkę. O co temu przebiegłemu Sfinksowi może chodzić? W jaki sposób odpowiedzieć na ten zadany problemat? Tomek... Tomasz jaki? Czy to odniesienie biblijne? Biłem się z myślami, wgapiony i oślepiony jego blaskiem, z prawdopodobnie idiotycznie rozdziawioną gębą. W końcu zebrałem się i odrzekłem:

– Tomasz, niewierny, jednak po prawicy Jego zasiadł.

Zobaczyłem nagły błysk w jego oczach, przebiegły – szelmowski uśmiech – zagościł na jego twarzy. Po raz pierwszy przy mnie nieznacznie się wyprostował i odrzekł:

– Dobrze, skoro tak, to znów ujrzysz mnie niebawem.

I zniknął.

Od momentu wypowiedzenia tych słów kompletnie utraciłem kontakt z rzeczywistością, jakby jej krucha tkanka rozsypała się w moich rękach. Odzyskałem zmysły dopiero wieczorem, w trakcie kolacji, kompletnie nie wiedząc, co się ze mną stało. Jedyne, co czułem, to błogie ciepło i poczucie, że jednak jestem godzien. Sam zasadniczo nie wiedziałem jeszcze czego.